RSS
niedziela, 10 grudnia 2017

Święta za pasem. Myślę o nich z niejaką trwogą. Od kilkunastu lat po prostu ich nie lubię i chętnie wyjechałbym daleko. Ale nic to, da się przeżyć.

Uświadomiłem sobie właśnie, że w tym roku będę w pracy tylko przez cztery dni. Do końca tego tygodnia. Jutro pracuję z domu:)

W ubiegłym tygodniu bawił mnie serial z odwoływanie Szydłowej. Rano była doskonała, a wieczorem ją wyrzucili. A pisiaki i tak się cieszą, choć za cholerę nie rozumieją, że właśnie napluto im w zapijaczone oczęta:)

Przy okazji kolejna refleksja - jak to dobrze, że nie mam nic wspólnego z polityką!!! Te cyrki, z którymi mamy ostatnio do czynienia są poniżej mojego progu tolerancji dla idiotyzmu.

Będę musiał przemóc się i chociaż na dziesięć minut włączyć kiedyś kurvizję:) Podobno są tam takie jaja,jakich nawet za Goebelssa nie był:) Spieszył się nie będę.

23:01, hornet99
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 grudnia 2017

Obudziłem się o 1:30 i tyle było snu na tę noc. Jakoś dotrwałem do tej pory, ale to wszystko, na co mnie dziś stać:)

21:11, hornet99
Link Komentarze (1) »
sobota, 02 grudnia 2017

Wczoraj miało być o magii świąt. Tekst ma się nijak do tytułu, bo o owej magii nie ma tam ani słowa:) A może właśnie wizyta w galerii to jest ten element magii? Cholera, nijak też mi nie pasuje.

Niewiele z tą magią ma dla mnie świąteczna oferta sklepów, która jest prezentowana już od listopada z tendencją nasilającą się. Po jakimś czasie powszednieje i człowiek jej nie zauważa. Na magię nie mają też wpływu poszukiwania prezentów, ich kupowanie etc. Jakaż to magia? Gdy w sklepach nic nie było, to takie zakupy były  wyzwaniem. A teraz? Teraz decyduje grubość portfela i mobilność. Mnie nie chcę się biegać po sklepach, więc staram się jak najwięcej kupić przez internet. Niestety InPost jak zwykle przed świętami się nie wyrabia, a kurierzy, też ludzie, dostarczają paczki w godzinach pracy normalnych ludzi:( Czy nie dałoby się wprowadzić drugiej zmiany? Pewnie nie, bo to za proste rozwiązanie.

Z każdym rokiem święta coraz bardziej mnie irytują. Serio. Nie lubię ich i już. Z tysiąca powodów. Tym razem też tak będzie i nie widzę na to lekarstwa. Trzeba będzie po prostu uśmiechać się, robić dobrą minę do złej gry, udawać zainteresowanie konwersacją, która tak naprawdę jest jałowa jak pustynia.

Nic to, oby do wiosny:)

23:07, hornet99
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 grudnia 2017

Jak ognia unikam galerii handlowych. Organicznie nie lubię i nie chodzę. Dziecię moje nieletnie jest pozbawione widoku tych że obiektów i wszystkiego, co się z nimi wiąże. Po prostu ostatni raz była w takim miejscu tak dawno, że pamiętać nie może. I... jakoś się nie garnie do odwiedzin. Może dlatego, że jeszcze nie wkroczyła w ten wiek, gdy ciuchy i makijaż są ważniejsze niż cokolwiek innego.

Wstęp przydługi i w zasadzie niczego do tekstu nie wnosi.

Chciałem zaoszczędzić kilkanaście złotych na dostawie zakupionego towaru, więc wybrałem odbiór osobisty w galerii handlowej właśnie w centrum Warszawy. Paczka doszła, trzeba było odebrać. Pojechałem więc i, jak to mówią, na własne oczy zobaczyłem ów przybytek... No właśnie, czego? Na pewno nie luksusu, najczęściej bowiem tandety za niewiarygodne pieniądze. To jednak tylko moje odczucia, bo... tłok był niemiłosierny. W oczy rzuciło mi się mnóstwo młodych ludzi, których jako żywo na zakupy w tym miejscu w zdecydowanej większości nie stać. Spotykają się tam, aby snując się po piętrach, albo siedzą w miejscach do tego przeznaczonych. Skoro to robią, mają potrzebę obcowania z tym, czy też takim miejscem. Podejrzewam bowiem, że w innych galeriach jest podobnie.

I już zapomniałem, jak chciałem to spuentować. Od maja czasem mi się to zdarza - norma... W każdym razie, to, co zobaczyłem w ciągu piętnastu minut poszukiwania mojego sklepu było dla mnie sporym szokiem.

A za miesiąc o tej porze trzeba będzie psychicznie przygotowywać się do powrotu do pracy po dwóch tygodniach lenistwa:)

23:09, hornet99
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 listopada 2017

Przy okazji rozmyślań różnych spowodowanych czymś, co od dawna nie sprawia już przyjemności skonstatowałem nagle, że... od ośmiu lat!!! jestem grzeczny jak aniołek. Nie szlajam się po obcych landach, nie uganiam się za różnymi takimi, nie rozbijam małżeństw (raptem dwa mam na koncie, więc to chyba niedużo) i nie robię wielu innych rzeczy, które potocznie nazywa się zdradą. Ja tego nigdy tak nie nazywałem:) Wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Co ciekawsze, prze te wszystkie lata nie zastanawiałem się chyba, czy dobrze mi z tym, czy też źle. Inaczej. Pewnego pięknego dnia uświadomiłem sobie, że byłem bliski popełnienia największej głupoty w życiu. Prymitywny, acz skuteczny plan neutralizacji zagrożenia wypalił i wyszedłem na prostą. Tylko tyle, aż tyle. Z resztą, czy to ważne? Nie ma powodu, by wracać do tego.

W każdym razie, byłem zszokowany. Serio! Ten czas za szybko płynie, niestety.

Ale to temat na zupełnie inne opowiadanie.

23:44, hornet99
Link Komentarze (1) »
sobota, 21 października 2017

Przed chwilą coś napisałem. Wyleciało w kosmos... Chyba dobrze się stało.

23:28, hornet99
Link Komentarze (1) »
niedziela, 02 lipca 2017

W pobliżu mojego domu jest przejście dla pieszych. Normalne jakich tysiące. Samochody w tym miejscu pędzą po głównej arterii z dużymi prędkościami. Wszyscy się do tego przyzwyczaili, bo przecież wszystkim wiadomo, że policja zajmuje się źle zaparkowanymi samochodami  ustawia się na wylotówkach w jedynym celu - zbierania mandatów. Na mojej arterii nigdy ich nie widziałem, choć wielokrotnie pisano i mówiono, że poziom bezpieczeństwa na niej pogarsza się z miesiąca na miesiąc.

Ale wróćmy do przejścia. Jesienią ubiegłego roku na dwóch oddalonych od siebie przejściach zainstalowano ze środków budżetu partycypacyjnego dodatkowe ich oświetlenie oraz migającą żółtą lampę. Wszystko to zasilane ekologicznymi ogniwami fotowoltanicznymi.

I efekt jest w ciągu ostatniego półrocza na tym moim przejściu zostało zabitych dwoje ludzi i jeden ciężko raniony. Wniosek z tego jest jeden: cała ta instalacja była psu na budę. Znacznie lepszy efekt przyniosłoby zabudowanie progu zwalniającego. Takiego nieoznakowanego:),po przejechaniu którego z nadmierną szybkością samochód należy odstawić do warsztatu na lawecie...

Nie pamiętam już, gdzie to było. Przed laty, w którejś z europejskich stolic dwa razy zdarzyło mi się zignorować znak ograniczenia prędkości. To takie przyzwyczajenie z naszego kochanego kraju, gdzie najczęściej ograniczenie prędkości nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Za pierwszym razem skończyło się ostrym hamowaniem, bo zjazd z autostrady był wyprofilowany dokładnie na prędkość wskazaną na znaku. Za drugim razem było to na szczęście niewielki skok w górę na nieoznakowanym progu. Chwilę wcześniej był znak, że w pobliżu jest szkoła. Miejscowi wiedzą, że oznacza to wyhamowanie do 30 km/h.

A poza tym dziś leniuchuję. Dziewczyny wyjechały na Mazury i są zachwycone. Ja mam jeszcze ponad miesiąc do urlopu...

21:22, hornet99
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 czerwca 2017

Czas pędzi jak szalony. Skończyło się moje zwolnienie i w poniedziałek wróciłem do pracy. Dyskusyjne nadal, czy potrzebnie tak się spieszyłem? Z jednej strony tak, bo spotkałem się z wieloma wyrazami autentycznej sympatii i empatii. Z drugiej...no cóż, moja ulubiona niegdyś szefowa na cześć której piałem z zachwytu dokonuje dalszego zaorania departamentu i dziwi się, że poziom zaangażowania wypadł w ostatnim badaniu tragicznie. Aha, przywitała się ze mną zdawkowo:) rozśmieszając mnie niemiłosiernie. Mała kobiecina.Po raz trzeci w życiu tak bardzo się pomyliłem w ocenie człowieka! Bywa:(

Dawno temu pisałem o scenach rozgrywających się za ścianą z udziałem straży pożarnej i policji oraz przeprosinach i powrotach. Tajemnica wyjaśniła się wraz z zaokrąglaniem się sylwetki mojej sąsiadki. Podobno wszystko dobre, co się dobrze kończy:)

A wczoraj spotkałem inną moją znajomą. Wyglądała jakby zderzyła się z życiem. Zagadnąłem z głupia frant, żeby uśmiechnęła się, bo jutro będzie lepiej. To, co usłyszałem w odpowiedzi zmroziło mnie. Okazało się, że mąż zdradzał ją z jej najlepszą przyjaciółką, świadkową na ich ślubie i matką chrzestną ich dzieci. A teraz pan mąż stwierdził po prostu, że im nie ułożyło się. Wyczyścił konta i wyprowadził się z domu. Cóż można powiedzieć? Mnie wyrwało się, tylko jedno - chuj zbolały.

Życie pisze interesujące scenariusze...

21:21, hornet99
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 czerwca 2017

Niby niewiele, jednak bardzo wiele. Minął szybko, bo czas, jak wiadomo, nie stoi w miejscu i wciąż gna przed siebie. W ciągu tego miesiąca wielokrotnie przekonałem się, że mój "wyśmienity stan zdrowia" nie jest tak do końca wyśmienity. Wydarzają się bowiem incydenty, które wprawdzie groźne nie są, niemniej świadczą, że to, co było nie przeszło bez śladu, że pozostawiło tu i ówdzie swoje piętno. Czy nielikwidowalne? A to się dopiero w dłuższej perspektywie okaże. Na razie nie jest źle, ale...

W poniedziałek jadę na kontrolę do szpitala. Stan zagrożenia życia minął, pacjent jakoś funkcjonuje, więc - wg logiki służby, czy też bardziej prawidłowo, ochrony zdrowia można go przeczołgać jak burą sukę... No, bo czy to jest normalne? Dostałem skierowanie na tę kontrolę przy wypisie ze szpitala. Następnie umówiłem się telefonicznie na tę kontrolę. Pani po drugiej stronie kabla dł€go wypytywała mnie o różne rzeczy, jakby oddział nie miał tych informacji w dokumentacji. A na koniec powiedziała mi, że... muszę dostarczyć oryginał skierowania w ciągu dwóch tygodni. To po co w takim razie jest możliwość telefonicznej rezerwacji terminu? Tego nie da się pojąć.

A gdy pojechałem z tym nieszczęsnym skierowaniem do tegoż szpitala, musiałem odstać w kolejce do okienka, co zajęło mi około pół godziny. Jestem w miarę sprawny fizycznie, więc nie był to problem, ale ludzie będący w gorszym stanie mieliby z tym trochę kłopotów.

To jeszcze jednak nie koniec, bo przy okazji dowiedziałem się, że aby dowiedzieć się dokąd pójść na to badanie kontrolne... trzeba odstać w tej kolejce jakiś czas. Inaczej nie ma możliwości dowiedzieć się! Paranoja!!!!!

A poza tym jest OK.Pogoda dopisuje. Pogoda ducha również nie zaginęła. I oby tak dalej!

23:14, hornet99
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 maja 2017

Wróciłem, choć donikąd nie wyjeżdżałem... Nie wiem, czy teraz jestem już gotowy, by opisać tę sytuację. W każdym razie muszę napisać jedno. Jeśli ktoś trafi na SOR w szpitalu wolskim (celowo z małej litery), niech - jeśli może - jak najszybciej stamtąd ucieka. To jedyna rozsądna decyzja jaką można podjąć.

A zaczęło się wszystko, jak się później okazało, pewnie już jakieś pół roku temu. Na ostro było już na początku kwietnia, ale... nie skojarzyłem, że to może być poważne. Winą obarczałem m.in. klawiatury, które nie chciały mi być posłuszne. Wtedy też pojawiły się moje rozważania o tym, że wbrew pozorom pisanie na klawiaturze jest skomplikowanym procesem, zwłaszcza bezwzrokowe...

Tygodnie mijały. Pracy miałem dużo, więc nawet nie zauważyłem, że przechodziłem infekcję, które pod koniec kwietnia przekształciła się  w zapalenie płuc. Długi weekend w domowych pieleszach. Nie żałowałem, bo pogoda była pod psem. A od 5 maja zaczęło się na ostro. Działy się rzeczy dziwne i mało zabawne. I wtedy na serio zacząłem się bać. Wkrótce okazało się, że były to obawy uzasadnione.

 W poniedziałek poszedłem do pracy i zamówiłem wizytę u lekarza. Pan doktor zbadał mnie, powiedział, co o tym sądzi, po czym dał skierowanie na cito na TK. Wczesnym popołudniem wylądowałem jako się rzekło na Kasprzaka, gdzie był jedyny dostępny tego dnia termin TK. Po badaniu pani doktor, wyraźnie poruszona, w kilku nieskładnych zdaniach poinformowała mnie, że jestem w stanie zagrożenia życia i muszę pozostać w szpitalu. I tak trafiłem na ten nieszczęsny SOR, gdzie spędziłem 6 godzin i dopiero po potężnej awanturze urządzonej przez moją Lepszą Połowę zostałem przewieziony na sygnale do innego szpitala, gdzie bardzo młoda i bardzo kompetentna Pani Doktor po zbadaniu mnie i wyjaśnieniu, co się ze mną dzieje i jakie mogą być tego konsekwencje, zaproponowała mi operację, na którą oczywiście natychmiast się zgodziłem. Po pół godzinie od dowiezienia na miejsce byłem już na sali operacyjnej. Zabieg trwał prawie trzy godziny.

W sumie skończyło się dobrze, choć wyglądało to mało sympatycznie. Miałem sporo czasu na myślenie i parę wniosków dla siebie wyciągnąłem...

Ot i cała bardzo pozbawiona szczegółów i dramaturgii historia. Oby się nie powtórzyła........

21:01, hornet99
Link Komentarze (3) »
wtorek, 11 kwietnia 2017

Wczoraj paranoicy i schizofrenicy robili ludziom wodę z mózgu, publikując pozbawione podstaw i sensu idiotyzmy o podobno potwierdzonym zamachu na samolot  z najgorszym prezydentem RP.

Przecież trzeba być niespełna rozumu, żeby jak ten pożal się Boże Berczyński opowiadać, że samolot rozpadał się przed brzozą (zaleziono jeden odłamek i to już jakieś sześć lat temu), a potem nie uderzając w brzozę rozpadał się dalej, a na końcu jeszcze wybuchła bomba termobaryczna, którą ani chybi wniósł na pokład LK, bo tylko on z małżonką nie przechodził kontroli pirotechnicznej. No i najważniejsze. Samolot się rozpada, piloci te strzępy spokojnie pilotują, wybucha bomba, a oni o tym, biedacy, nie wiedzą i spokojnie odliczają zniżanie do 20 metrów. Jeśli doda się do tego rosyjskich kontrolerów, którym postawiono zarzuty "naprowadzania na śmierć", to już zupełnie trudno zrozumieć, dlaczego oni to robili, skoro w sporej odległości od pasa leciał rozpadający się wrak.

Normalny człowiek widzi w tej narracji paranoję i schizofrenię. Tylko żelbetonowy elektorat tych idiotów zachwyca się kolejnymi dowodami i badaniami, których oczywiście nie przedstawiono:)

To tak jak z wypadkiem straszydła. Główny podnóżek i szef służb mundurowych powiedział, że pancerna limuzyna poruszała się z prędkością 50 km/h. Po obejrzeniu efektów zderzenia i obrażeń jakich doznali pasażerowie stwierdzić trzeba, że drzewo musiało poruszać się co najmniej z prędkością 60 km/h o zwrocie przeciwnym do samochodu:)

A poza tym... podobno wiosna. Tylko trudno mi zaakceptować 10 stopniowe skoki temperatury!

21:26, hornet99
Link Komentarze (1) »
sobota, 08 kwietnia 2017

Jutro planujemy wyjazd na wystawę psów. Prognoza pogody jest optymistyczna. Ma być słońce i niewielki wiatr. Zastanawiam się, czy wziąć aparat... Zupełnie przestałem robić zdjęcia. Warty sporą sumę sprzęt leży bezużyteczny. Ale nie umiem wykrzesać w sobie tego byłego entuzjazmu, gdy bladym świtem w weekend biegałem o łące fotografując kwiecie różne... A teraz po prostu mi się odechciało. I tyle.

22:22, hornet99
Link Komentarze (3) »
czwartek, 06 kwietnia 2017

Jako człek już leciwy cenię sobie wygodę. Nie luksusu, broń Boże. Na te mnie nie stać. Zresztą trzeba by zdefiniować, co jest luksusem, a co nim nie jest. Nie mam na to ochoty. Niemniej od bardzo dawna poszukuję klawiatury, która by mi odpowiadała. Są dwa parametry, które toto musi spełniać: podświetlenie klawiatury i podstawka pod nadgarstki. Jak dotychczas wymieniłem ich kilka, ponieważ żadna, choć spełniała kryteria, nie okazała się wystarczająco wygodna w eksploatacji.

Dziś coś mnie podkusiło, by sprawdzić, dlaczego dwie leżące wysoko na regale klawiatury nie zostały wyrzucone, a także czemu nie znalazły innego zastosowania. Odpiąłem ten badziew, z którym męczę się od pół roku, bo zaczął mnie irytować brakiem ergonomii. Dopiero dziś odkryłem, że przyczyną jest wąski, taki jak wszystkie, klawisz back.

Podpiąłem jedną klawiaturę, bardzo porządnej podobno firmy, po iluś próbach poszukiwania właściwego portu zadziałała. Miała jednak podstawową wadę. Nie było podkładki pod nadgarstki.Dlaczego ją kupiłem? Nie mam pojęcia. Podpiąłem potem drugą. Okazała się lepsza, choć też nie bez wad. Zdecydowałem się ją zostawić. I właśnie z tego powodu napisałem tę notkę. Muszę ją bardziej opanować. Wydaje się, że nie będzie większych problemów. Zachodzę teraz w głowę, dlaczego z niej kiedyś zrezygnowałem? Nie mam pojęcia...

22:42, hornet99
Link Dodaj komentarz »

Przed obudzeniem śniło mi się, że jest sobota. Nagle zadzwonił budzik! Sen prysł, a ja zacząłem gorączkowo zastanawiać się, co się stało z telefonem, ponieważ budzik nie jest aktywny w weekend.Ta pomyłka była bolesna i zaważyła na całym dniu. Był do kitu.

Po zamachu w petersburskim metrze nasze dzielne służby zaznaczają na ulicach swoją obecność. Zawsze mnie to śmieszy, bo z terroryzmem nie walczy się na ulicach. Ale skoro odpowiednie nasze służby są w stanie (szukam adekwatnego określenia) niech będzie, nie najlepszym z powodu zaangażowania w politykę, to i raczej nie czuję się bezpieczny. Raczej dlatego, że Polska zepchnięta przez rządzących idiotów na margines polityki międzynarodowej stała się kompletnym zadupiem i większa akcja tutaj mogłaby zostać niezauważona przez świat. A już o paroksyzm śmiechu przyprawiły mnie dwie policjantki: wysokość obu na poziomie 300 cm, łączna masa mniej niż 100 kg. I te dzieweczki mają stawić czoła jakiemuś łotrowi? Mało prawdopodobne. No chyba, że facet padnie ze śmiechu. Na marginesie, przed laty jakiś żul z bejsbolem, czy innym groźnym narzędziem demolował w jakimś małym miasteczku samochody. Przyjechał patrol policji składający się z jakiegoś niedorobionego fagasa i właśnie takiej paniusi o rozmiarze większej ćmy. Funkcjonariusz zajął się wzywaniem pomocy :), a dzielna policjantka miała przypilnować łobuza. Jednak on nie reagował na wezwania. Wtedy panienka zamiast pałki wyciągnęła pistolet!!! Oddała siedem strzałów w kierunku pijanego żula. Trafiła dzięki rykoszetowi. Nie mam wątpliwości, że te dwie spotkane dziś funkcjonariuszki albo by uciekły, albo zaczęły strzelać. Na więcej umiejętności raczej by im nie starczyło.

 

Świat się kończy! Przestał mi smakować mój ulubiony napój alkoholowy!!! Jakiś niedobitek single malt kurzy się w barku a ja po prostu omijam go wzrokiem. Nie nęcą mnie etykiety zapewniające niegdyś podniebieniu pewną dawkę rozkoszy. Z niezrozumiałych powodównajbardziej smakuje mi czysty czarny smirnoff, tudzież inna bezzapachowa okowita z czarną naklejką. 

Skleroza moja postępuje. Chciałem jeszcze o czymś napisać, ale zapomniałem.

21:16, hornet99
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 marca 2017

Szczerze powiedziawszy uświadomiłem sobie to dopiero wieczorem... gdy sprawdziłem datę w kalendarzu. Pierwsza wiosenna "jaskółka" pojawiła się jednak już wczoraj wieczorem. Był to jeż, który zdezorientowany zatrzymał się na przejściu dla pieszych. Po dłuższej chwili, pewnie w duchu przeklinając pogodę, oddalił się w mniej ruchliwe miejsce.

Od czwartku oficjalnie wiem, że jestem chory. A to za sprawą mojej pani doktor (celowo z małej litery, choć kobieta z niej zacna i znamy się wieki), która badając mnie nagle ni stąd ni zowąd powiedziała, że jednak taki całkiem zdrowy to ja nie jestem. I od czwartku czuję się chory. Dolegliwości żadnych nie mam, ale słowo lekarza rzecz święta. Dziś nawet byłem na tę okoliczność u chirurga, który potwierdził rozpoznanie i wypisał skierowanie do szpitala. Pośpiechu nie ma, ale pokroić się będzie trzeba.

Rodziny na wszelki wypadek nie informuję, bo to są histeryczki i pewnie zaczęłyby się nadmiernie przejmować tym, co ja już oswoiłem w ciągu dziesięciu minut i co na mnie nie robi wrażenia. Z nimi byłoby inaczej. Dowiedzą się na tydzień przed terminem operacji. Wystarczy.

A taj w ogóle, to jest mi w ogóle tak jakoś... Niby robię dobrą minę do słabej gry, niby wszystko jest OK, ale - no właśnie - jest mi tak jakoś. I to jakoś jest zupełnie nieokreślone i niedefiniowalne. Jedynym wytłumaczeniem jest "zmęczenie wiosenne", występujące cztery w roku:)

21:56, hornet99
Link Komentarze (3) »
środa, 15 marca 2017

Musiałem dziś z kimś poważnie porozmawiać. Starałem się nie okazywać emocji. W końcu ja mam tylko ustalić fakty. Dowiedzieć się, co i jak się zdarzyło. Rozmawialiśmy sobie a nasze zdania rozmijały się w przestrzeni. Ja swoje, on swoje. Ja o jabłkach, on o winogronach. Trwało to prawie kwadrans. W końcu wyczerpała się moja cierpliwość i... prosto z mostu, bez ogródek powiedziałem facetowi, że jeśli prokurator będzie miał kiepski dzień, to go po prostu aresztuje na trzy miesiące i wtedy będzie miał czas, aby przemyśleć, co ma do powiedzenia na temat zdarzenia, w którym brał bardzo aktywny udział.

Podziałało! Nagle wizja okna w kratkę chyba dotarła do świadomości i zaczęliśmy mówić o tym samym. Wprawdzie tak zwana prawda materialna z trudem przedzierała się przez pustosłowie i próby zaciemniania rzeczywistości, niemniej postęp był wyraźny.

I teraz zastanawiam się, czy ja tego człowieka postraszyłem, czy tylko uświadomiłem mu, że gdy będzie rozmawiał z kimś innym, to nie będzie tak miło i przyjemnie? Zastanawiam się też, czy w czasie tej rozmowy byłem wystarczająco empatyczny względem rozmówcy? :) W ocenie rocznej jako jedyny element wymagający poprawy napisano mi właśnie "niedostateczną empatię". Mam z tego tytułu nieustającą polewkę, czy też bekę, jak mawia młodzież. Bo akurat na moim stanowisku pracy empatia - w rozumieniu tych beznadziejnych przepisów - jest ostatnią cechą, którą należy się wykazywać. Lubię ludzi. Chętnie im pomagam, udzielam porad wszelakich. W firmie, gdzie pracuje parę tysięcy ludzi jestem rozpoznawalny. Koleżanki i koledzy wiedzą, że gdy mają specyficzne problemy mogą z nimi do mnie przyjść i... przychodzą! Nikogo nie odsyłam z przysłowiowym kwitkiem.  I to, w moim rozumieniu, nazywa się empatią. Ale... coś trzeba było napisać, więc wymyślili deficyt empatii:) Nie chcę pisać, w jaki sposób demonstruję codziennie swoją empatyczną postawę, bo a nuż ktoś z firmy przeczyta i skojarzy... A to jest mi najmniej potrzebne.

Ach, jeszcze o jednym kuriozum muszę napisać. Otóż w firmie mojej, oby miała się dobrze i terminowo wypłacała wynagrodzenie, jest specjalny departament od idiotyzmów. Serio! Katują nas właśnie jakimiś bzdurnymi czynnikami charakteryzującymi dobrego pracownika, czy też badaniem zaangażowania, które to wszyscy, a przynajmniej większość tych, których znam, wypełniają w sposób, który jest miły sercu kierownictwa. Bo wypełnione być musi. Bo od frekwencji w tym badaniu zależą notowania departamentu etc. Wypełniamy więc te wszystkie tabelki i ankiety tak, aby nie było za dobrze, ale aby wystarczyło na bardzo pożądany przez kierownictwo najwyższe współczynnik na poziomie 80%. I wszyscy są zadowoleni. Kierownictwo, bo ma zaangażowanych pracowników, którzy identyfikują się z firmą, pracownicy, bo odwalili tę robotę i na jakiś czas mają spokój.

Ostatnio jednak Departament Idiotyzmów postanowił poprawić naszą komunikację, a ściślej biorąc poprawić maile, które piszemy setkami dziennie. Wymyślono specjalny algorytm, który określa, czy mail jest komunikatywny. Pobawiliśmy się tym narzędziem i okazało się, że Mickiewicz jest poprawny w 70%, fraza "poszłem na nieszpór" zyskała akceptację tego narzędzia w 88%, a zdanie "wyindywidualizowaliśmy się z rozentuzjazmowanego tłumu" nasz cudowny algorytm ocenił na prawie 90%:)

I to tyle na dziś. 

Na koniec jeszcze fraza, która bardzo mi się spodobała:

NIE MARTW SIĘ O JUTRO! PRZECIEŻ NIE WIESZ, CO SIĘ ZA CHWILĘ MOŻE ZDARZYĆ!

22:41, hornet99
Link Komentarze (2) »
niedziela, 12 marca 2017

Może to nie do końca wygląda tak, jak w tytule, ale rano, gdy wychodzę na spacer ziemia ma inny niż zimowy zapach, a z lasu dochodzą dawno niesłyszane dźwięki ptasich rozmów. Ale to czuć i słychać tylko tam. Dziś rano w pobliskim parku ani zapach, ani odgłosy tej wiosny nie wieszczyły. A wieczorem... to już lepiej nie mówić. Przenikliwy chłód przypominający o tym, że do wiosny jednak jeszcze daleko.

Byliśmy dziś w Muzeum Powstania Warszawskiego. Długo opierałem się przed wizytą tam. Głównie ze względu na mój stosunek do Powstania. Nie zachwyciło mnie to miejsce, choć czytałem i słyszałem, że jest wyjątkowe. Może dlatego, że jak na mój gust ekspozycja jest chaotyczna. Zresztą nie wiem. I nie ma to żadnego znaczenia. Lepiej było pójść do CNK...

Ciekawe, co przyniesie nadchodzący tydzień. Od tygodnia z okładem mam na tapecie pewną ciekawą sprawę, którą muszę wyjaśnić, bo klient złożył oficjalną reklamację i nie da się tego zamieść pod dywan. Coś odpowiedzieć trzeba. Ale...odpowiedź nie może być zdawkowa, ani też taka na odwal się, bo sprawa jest poważna i może odbić się szerokim echem. Śmieszy mnie to, bo wszyscy odpychają to od siebie. Nikt nie chce mieć z tym nic wspólnego, bo na tym można podpaść, bo rzeczy dotyczy jednego z wielkich, bo... może być smród... Nie pierwszy raz się to zdarza, więc mnie to za bardzo nie obchodzi. Niemniej jest ciekawie.

I jeszcze jedna śmiesznostka. Moja Latorośl w tym roku zmieniła klasę. Nie wiem, czy jest to normalną praktyką, ale u nas w pewnym czasie miesza się dzieci. Może dlatego, żeby jakiegos puczu nie zrobiły:) I mamy taki konglomerat. Dzieciaki fajne, choć - jak wszędzie - niektórych mogłoby nie być:) ale już z rodzicami to nam się udało trochę gorzej. Okazało się bowiem, że "tamta klasa" funkcjonowała według wzoru: nauczyciel nasz pan i władca, więc winniśmy mu daniny składać z każdej okazji. "Stara" klasa była w tym aspekcie oszczędna i wolała wydawać na dzieci niż na nauczycieli. Pierwsze zderzenie nastąpiło w Dniu Nauczyciela. Część "nowych" przyszła z prezentami i kwiatami dla nauczycieli, choć zapewniliśmy tradycyjne kwiaty od klasy - tak się umówiliśmy na zebraniu. Teraz okazało się, że na Dzień Kobiet było analogicznie, choć... klasowego kwiatka nie było, bo nie uznaliśmy za stosowne, a wcześniej jakoś też nikt się na forum rodziców nie zdeklarował, że może by coś zrobić. I rozpętała się burza w szklance wody, bo niektóre mamusie uznały, że jednak trzeba było, bo... W perspektywie mamy Święta Wielkanocne. I, okazuje się, że z tej okazji pani też należy się prezent. Serio:) Śmieszne to i takie jakieś... Sam nie wiem jakie. Niesmaczne, to może za dużo. Chyba jednak dziwne.

Czas spać.

22:47, hornet99
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 lutego 2017

zawodowo, oczywiście:)

Ale dzisiejsza rozmowa z panią dyrektor HR wprawiła mnie w doskonały nastrój. 

Nasze stosunki bywają skomplikowane... Kiedyś w czasie dyskusji na tematy drażliwe dla obu stron podniosła na mnie głos. Powiedziałem, że nie lubię takiego traktowania, ale to nie pomogło, bo kobieta jest "charakterna". Wstałem więc i wyszedłem, bo nie było sensu przebywać pod jednym sufitem z osobą upajającą się własnym głosem.

Później było jeszcze parę różnych spotkań, ale staraliśmy się nie wchodzić sobie w drogę.

Ale dziś... To, co usłyszałem było niemal miodem na moje skołatane nerwy. Solennie obiecałem, że będę ją wspierał. We wszystkim, co będzie nam służyć. Choć, jak oboje stwierdziliśmy, nie raz pokłócimy się solidnie:)

Nie do końca wierzę w powodzenie jej misji, bo jest karkołomna i według mnie niewykonalna, ale... pożyjemy - zobaczymy:)

Z innej beczki

Co czuje człowiek stojący pod prysznicem z namydloną głową gdy nagle zabraknie wody?

BEZRADNOŚĆ!!!

Doznałem tego stanu ducha i ciała. Na szczęście woda wkrótce pojawiła się i można było kontynuować kąpiel. Ale te minuty, gdy poza wodą w spłuczce WC nie było ani kropli czystej wody były koszmarne!

22:23, hornet99
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 lutego 2017

Ostatnie godziny urlopu... Jutro do pracy po dwutygodniowym lenistwie, w czasie którego napisałem tylko ok. pięciu maili. Jak na mnie to rekord absolutny. A w ostatnich dniach w ogóle nie włączałem lapka i obawiam się, że jutro będę musiał odgruzować pocztę.

Taka refleksja przy okazji mnie naszła. W trzy osoby pojechaliśmy na urlop w dwoma laptopami, trzema telefonami, jednym tabletem i dwoma czytnikami. W sumie osiem komputerów, albo urządzeń elektronicznych posiadających różne możliwości. Gdy sobie to uświadomiłem, zacząłem się zastanawiać, czy nie dałoby się ograniczyć tej liczby. I wyszło mi, że niestety nie:( Bo trzy wypasione telefony jednak nie zapewniłyby tych wszystkich funkcji, które spełniały i laptopy, i czytniki, i ten nieszczęsny tablet. Bez szczegółów.

Powrót był makabryczny. Mieliśmy na tych niespełna pięciuset kilometrach wszystkie typy pogody. Zaczęło się od śnieżycy, później był deszcz, następnie śnieg z deszczem, odrobina słońca, solidna ulewa i zawieja śnieżna. A przez cały czas wiało niemiłosiernie. Do tego stopnia, że w pewnym momencie mój na ogół niewrażliwy na podmuch samochód zdmuchnęło z jednego pasa na drugi. Na szczęście nic po nim nie jechało.

BOR nie był widoczny w czasie całej podróży, ale... natknęliśmy się na niespodziewany korek. Jadący korek na szczęście. Przyczyna okazała się prozaiczna. Prawym pasem wspaniałej autostrady A2 podążał konwój pojazdów wojskowych. A korek wziął się stąd, że każdy chciał popatrzeń na rzadko widok przewożonych czołgów i innych maszyn bojowych:) Nie byłem wyjątkiem, choć nie zwolniłem:)

A jeśli chodzi o autostrady, lub ściślej ruch na nich. Na A1 rzadko się zdarza, aby ktoś jechał dłużej lewym pasem bez potrzeby. Na A2 to nagminne. Wiem, że jest tam więcej ciężarówek, które jadą przepisowe 90 km/h i trzeba je wyprzedzać. Ale przecież niekoniecznie trzeba blokować lewy pas, bo na horyzoncie majaczy TIR. Dochodzi do paradoksów, gdy szybciej jedzie się właśnie prawym pasem.

Po dwóch tygodniach zgodnie stwierdziliśmy, że rozstajemy się definitywnie z naszym ulubionym hotelem. Niby wszystko jest OK, ale jednak standard systematycznie się obniża, a jakość wyżywienia pozostawia wiele do życzenia. Trzeba szukać nowego miejsca. Pewnie w innym mieście...

Jutro do pracy. Trywialne byłoby stwierdzenie, że mi się nie chce:) Chce mi się! Serio:) Wprost nie mogę się doczekać. A wszystko za sprawą zaproszenia, jakie dostałem od pani dyrektor HR na spotkanie w sprawach organizacyjnych. Odruchowo je zaakceptowałem, a teraz nie daje mi spokoju podstawowe pytanie: a jakie to sprawy organizacyjne mogę mieć z moim HR? We wtorek się wyjaśni. A może trochę wcześniej.

PS

W komentarzach pojawił się pewien emeryt erotoman. Żałosne stworzenie. I, jak przystało nie pisiackie nasienie, nazwał mnie głupim. Bo u nich tak zawsze, jeśli nie ma argumentów, to trzeba użyć inwektyw. Wisi mi to.

22:10, hornet99
Link Komentarze (1) »
sobota, 11 lutego 2017

Jutro wyjeżdżamy. Nad morze oczywiście. Do Jastrzębiej Góry oczywiście:) 

Trzeba mieć nadzieję, że po tej samej drodze nie będzie poruszała się żadna rządowa limuzyna tudzież kolumna z kolejnym pisowskim nieudacznikiem. Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie im zakazać wychodzenia z domu, bo to naprawdę bardzo tępy element i tylko szkód narobić umieją.

Ale nie o tym chciałem. Pokój w hotelu, ten sam, co zawsze, jest duży. Hotel też nie jest najmniejszy. Ale... bardzo ciekawi mnie, jak damy sobie radę całą rodziną pod jednym dachem. Trenujemy to raz na dwa lata... Jakoś to znosimy, ale za każdym razem mam spore obawy, abyśmy się nie pozabijali:) Do tej pory się udawało:)

Dwa tygodnie odpoczynku. Potrzebny jest nam wszystkim. Oby nie było za zimno i pisowcy nie grasowali w okolicy:)

Złośliwy jestem. Tak. Bo tępaków nie lubię. Na szczęście jeszcze mogę mówić i pisać, co chcę. Nie spodziewam się, aby przy ich rządach to był standard.

Ostatnia sprawa, to wypadek broszki, która podobno była zapięta :):):):):) oni tak poważnie? Ale się potłukła i trzeba ją było śmigłowcem ewakuować. Kolumna poruszała się z prędkością ok 50 km/h :):):):):) Nawet idiota (poza pisiakiem!) w to nie uwierzy. Pancerna limuzyna jest raczej nie do naprawienia, ale seicento tylko zderzak straciło:) Boże, widzisz i nie grzmisz:)

OK. Oby tylko któryś z tych idiotów nie poruszał się jutro tą samą drogą!!!

21:41, hornet99
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 103